Pomiar światła – część 5 z 5

Metoda pomiaru światła opisywana w poprzednim odcinku cyklu Pomiar Światła i polegająca na mierzeniu świałta odbitego od białej powierzchni nie sprawdzi się, gdy używamy lamp błyskowych (ustawionych w tryb ręczny oczywiście). No bo niby jak w ułamku sekundy ustawić prawidłowe oświetlenie, jeśli się nie ma światłomierza do mierzenia światła błyskowego?

Prostą metodą na prawidłowe ustawienie naświetlenia jest metoda prób i błędów: robisz zdjęcie i patrzysz na ekranik. Jeśli zdjęcie jest prześwietlone to przymykasz przysłonę „o oczko”, a jeśli jest niedoświetlone to przysłonę otwierasz. Robisz kolejne zdjęcie próbne i znowu patrzysz na ekranik i korygujesz przysłonę. I tak w kółko, aż do uzyskania prawidłowego naświetlenia.

Można jednak ustawić prawidłowe naświetlenie znacznie szybciej.

Ulepszenie metody prób i błędów polega tym, żeby znaleźć od razu prawidłową wartość „oczka”, o którą należy zmienić przysłonę.

Ale najpierw trochę o histogramie w aparatach Canona (o innych markach za chwilę). Histogram w Canonach podzielony jest na pięć części czterema pionowymi kreskami. Tak się składa, że te pionowe kreski ustawione są mniej więcej co jednostkę przysłony. Innymi słowy, jeśli zmniejszymy przysłonę o jednostkę (na przykład z f/4 na f/5.6) to możemy oczekiwać, że histogram przesunie się w lewo o jedną kreskę.

Nie ufaj mi tak do końca, bo Twój Canon może być inny. Koniecznie sprawdź, jak zachowuje się Twój model aparatu!

Stąd już krok do ustawienia prawidłowej przysłony. Jeśli histogram na Twoim zdjęciu próbnym jest oddalony od prawej krawędzi o jedną kreskę, to wystarczy otworzyć przysłonę o jedną wartość (na przykład z f/8 na f/5.6), co gwarantuje, że na następnym zdjęciu histogram będzie prawidłowy (będzie dotykał prawej strony).

A co z prześwietlonymi zdjęciami? Takimi, na których po prawej stronie histogramu jest pionowa, długa kreska?

Tu niestety nie ma sposobu na ustalenie prawidłowej wartości „oczka”. Zmniejsz przysłonę o dwie działki w nadziei, że następne zdjęcie próbne będzie niedoświetlone. Od niedoświetlonego do prawidłowo naświetlonego jest już tylko jeden krok, prawda?

W praktyce w większości przypadków i przy odrobinie wprawy zamknięcie przysłony o dwie działki jest skuteczne w 90% przypadków. Tylko w 10% przypadków będziesz musiał zamknąć przysłonę jeszcze bardziej, co zmusi Cię do wykonania jeszcze jednego zdjęcia próbnego.

A co z Nikonami? (i pewnie innymi markami, których nie używałem?) Histogram Nikona podzielony jest na cztery strefy trzema pionowymi kreskami, więc teoretycznie jedna strefa pokrywa 1.25 stopnia przysłony.

Zatem Nikoniarze będą patrzeć na histogram i (co nie jest trudne) będą korygować przysłonę o 1.25 stopnia dla każdej kreski na histogramie.

Ale pamiętaj, że to tylko niesprawdzona przeze mnie teoria. Jeśli masz aparat Nikona możesz ją sprawdzić (obalić?) robiąc dwa zdjęcia: jedno prawidłowo naświetlone (histogram dotyka prawej krawędzi) i następne z przysłoną zamkniętą o jedną działkę. Spodziewam się, że histogram Nikona będzie sięgał trochę na prawo od ostatniej kreski.

Jak jest naprawdę? Proszę wszystkich Nikoniarzy (Soniarzy, Lumiksiarzy, Pentaksiarzy, Olimpusiarzy, …) o sprawdzenie i podzielenie się wynikami swoich doświadczeń w komentarzach.

To jest piąta część z pięcioczęściowego cyklu. Zobacz Część 1, Część 2, Część 3 i Część 4.

Pomiar światła – część 4 z 5

Już wiesz, jak mierzyć światło ręcznie i już wiesz, jak znaleźć prawidłowe naświetlenie. Ale „prawidłowe” naświetlenie nie zawsze jest tym, co chciałbyś uzyskać.

Popatrz na zdjęcie powyżej. Czy jest prawidłowo naświetlone?

Zdecydowanie nie – odpowiedzą techniczni puryści. Przecież większa część tego zdjęcia jest prześwietlona.

Ja jednak bym się sprzeczał, bo moja definicja prawidłowego naświetlenia jest trochę inna.

Dla mnie prawidłowe naświetlenie nie polega na tym, żeby na zdjęciu nie było prześwietleń i żeby histogram był równomiernie rozłożony. Moja definicja prawidłowego naświetlenia leci mniej więcej tak:

Zdjęcie jest prawidłowo naświetlone jeśli jest naświetlone tak, jak zakładał fotograf.

Jeśli fotograf założył, że zdjęcie ma być prześwietlone na 50% swojej powierzchni i zdjęcie jest prześwietlone na 50% powierzchni, to znaczy, że jest prawidłowo naświetlone. (Jeśli myślisz, że zdjęcie prześwietlone w 50% nie nadaje się do niczego, to pewnie jeszcze nie przeczytałeś cyklu o Portrecie na białym tle.)

Jeśli fotograf zdecydował, że zdjęcie ma być niedoświetlone i jest niedoświetlone, to znaczy, że jest naświetlone prawidłowo.

Choć zdjęcie powyżej jest w większości prześwietlone, ja uznaję je za prawidłowo naświetlone, bo chciałem, żeby na zdjęciu była widoczna twarz dziecka.

A wracając do trybu ręcznego i automatycznego. Jak myślisz, jak wyglądałoby to zdjęcie, gdybym pozwolił wybrać naświetlenie automatyce aparatu? Było robione w korytarzu mieszkania w bloku, na tle okna. Automat pewnie by zdecydował, że ważniejszy od twarzy dziecka byłby sąsiedni blok i firanka w oknie, i że czarny kontur twarzy dziecka jest jak najbardziej ok. Ale ja takie zdjęcie od razu bym skoszował.

Ręczny tryb przydaje się szczególnie w scenach o dużym kontraście, gdzie jednocześnie jest bardzo jasny fragment i znacznie ciemnieszy. W tych przypadkach musisz wybierać: interesuje mnie jasny fragment (blok i firanka) czy ciemny (twarz dziecka).

Oto kilka sytuacji, w których tryb manualny jest praktycznie niezbędny:

  • Portrety na tle okna
  • Ludzie w bramie
  • Budynki na tle nieba
  • Zdjęcia pod słońce
  • Pewnie 1000 innych przypadków

We wszystkich tych sytuacjach staniesz przed wyborem: ważniejsze jest to, co za oknem czy twarz, ludzie w bramie, czy sama brama, budyniki czy niebo, słońce czy postać, którą fotografujesz. I we wszystkich tych przypadkach przełączając się na tryb ręczny możesz dokonać wyboru. Ty możesz zdecydować, a nie aparat.

PS. O innych sposobach radzenia sobie ze zbyt dużym kontrastem jeszcze napiszę. Ty tymczasem zapisz się na RSS, żeby nie przegapić żadnego posta.

To jest czwarta część z pięcioczęściowego cyklu. Zobacz Część 1, Część 2, Część 3 i Część 5.

Mało znany sposób na sprawdzenie światłomierza w aparacie

Dawno, dawno temu, zaraz po kupieniu Canona 20D zauważyłem, że wszystkie zdjęcia robione w trybie automatycznym wychodziły niedoświetlone. Tryb automatyczny oczywiście ma prawo się mylić, ale byłyby to jakieś nieliczne przypadki raczej, a nie reguła.

Oczywiście moje podejrzenia padły od razu na świałomierz, ale nie chciałem ryzykować wizyty w serwisie, bo obawiałem się, że zdanie „Eeeee… No wie Pan… niedoświetla mi” może nie przekonać wszechwładnych serwistantów. Potrzebowałem dowodu.

Światłomierz jest głupiutki i nie wie, czy skierowaliśmy go na białą kartkę, czarny asfalt czy buzię ciotki Ziutki. Światłomierz jedynie zakłada, że średnio 18% światła odbije się od tego, na co patrzy. Aparat ma pełne zaufanie do swojego światłomierza i ustawia przysłonę/ISO/czas tak, żeby coś, co dokładnie odbija 18% znalazło się pośrodku histogramu.

Innymi słowy histogram sfotografowanej jednolitej powierzchni powinien być cienką pionową kreską dokładnie w środku histogramu, przynajmniej w teorii.

W praktyce wygląda to nieco inaczej: histogram jest kreską, ale jakby nie zupełnie cienką (popatrz na zdjęcie). Tak czy siak powinien znajdować się mniej więcej w środku skali.

OK. Czas na trzypunktowy przepis sprawdzenia Twojego światłomierza:

  1. Białą kartkę oświetl równomierne (Biała kartka zaczyna mnie prześladować. Chyba zmienię nazwę tego bloga na BiałaKartka.pl 😉 ).
  2. W trybie automatycznym zrób zdjęcie kartki tak, żeby wypełniała cały kadr.
  3. Popatrz na histogram – powinien być wąski i umieszczony w środku. Jeśli nie jest wąski to znaczy, że kartka nie była równomiernie oświetlona. Jeśli histogram nie jest pośrodku, to możesz śmiało iść do serwisu, a oni to skorygują.

Wydawało mi się, że problem nieskalibrowanego światłomierza występuje rzadko, ale ostatnio jeden z nowych aparatów mojego kolegi miał tą samą przypadłość, więc całą sprawę postanowiłem opisać.

Sprawdź swój światłomierz i podziel się wynikami w komentarzach. Nie zapomnij podać marki aparatu – będziemy wiedzieli kto rządzi: „żółci” czy „kanionierzy” 😉

Filtry fotograficzne: filtr Lee i jego głęboko skrywany sekret

Napisałem już o filtrach Rosco i o bezpłatnym próbniku. Żeby sprawiedliwości stało się zadość opisuję inne filtry fotograficzne. Dziś filtr Lee.

Ponieważ nie mogłem dostać próbnika filtrów Lee (nie dlatego, że nie są dostępne, ale raczej dlatego, że jestem leniwy) poniższy opis filtrów Lee opieram na zestawie filtrów fotograficznych do lamp błyskowych dostępnym w Polsce za niewielkie pieniądze.

Filtry Lee, podobnie jak filtry Rosco, służą do jednego celu: zmiany barwy światła emitowanego przez lampy. Nakładasz na lampę filtr zielony i już lampa błyska na zielono. Potrzebujesz czerwonego światła? (ciekawe, po co? 😉 ) Wyciągasz filtr czerwony. Kumasz, prawda?

Ale filtrów znacznie częściej używa się nie do barwienia światła (filtry efektowe), ale do zmiany „temperatury barwowej”, jak to się nieładnie mówi w literaturze przedmiotu. Chodzi o to, że na przykład żarówki świecą nie na biało, ale na żółtawo, czego ludzkie oko nie widzi, ale różnica na zdjęciu jest ewidentna. Zakładając filtr żółty (CTO) na lampę błyskową uzyskujemy podobną barwę światła co żarówkowe, co pozwala bezpiecznie mieszać oba źródła światła. O mieszaniu światła lampy błyskowej i światła z żarówek czytaj we wpisie Jak bez trudu robić profesjonalne zdjęcia w pomieszczeniach używając filtra CTO.

Ale do rzeczy, czyli do filtrów Lee.

Powiem prosto z mostu: jak dla mnie filtry Lee nie są ani gorsze, ani lepsze od Rosco. Z mojego punktu widzenia są nierozróżnialne i położone obok siebie wyglądają tak, jakby były zrobione w jednej i tej samej fabryce przez tych samych skośnookich robotników. Pierwsza zmiana: Rosco, druga zmiana Lee.

I pewnie zaraz podniosą się krzyki, że Lee jest lepsze od Rosco pod każdym względem, i że Rosco bije na głowę Lee. I pewnie obie strony mają rację, „bo pod mikroskopem…”

Ale ja nie mam mikroskopu, giętarki i kolorymetru. Ja mam tylko młotek. Dla mnie, kompletnego imbecyla z lampą i aparatem oba filtry nie różnią się niczym.

I Twoje zdjęcia też nie będą wyglądały lepiej tylko dlatego że wybrałeś filtry firmy X czy Y. Owszem, z filtrem na lampie i w pewnych sytuacjach Twoje zdjęcia wyglądać będą lepiej, ale nie będzie to szczególna zasługa wyboru jednego producenta filtrów nad drugim, ale samego faktu, że filtru użyłeś.

Więc jeśli nie ma żadnej różnicy…

Moja rada: nie daj się wciągnąć w święte wojny typu Canon/Nikon. Przestań szukać różnic między filtrami Lee i filtrami Rosco. Po prostu zamów te tańsze czy łatwiejsze do zdobycia i zacznij robić zdjęcia.

Uaktualnienie: Wiele osób pyta, gdzie można kupić filtry. Najprościej jest wejść na allegro, a ja mam swoje od mojego kolegi z firmy fotosoria.pl.

Co każdy powinien wiedzieć o zdjęciach oświetlonych budynków

Tajemnica wspaniałego zdjęcia oświetlonego budynku tkwi w prawidłowym ustawieniu naświetlenia i… triku z zachodem słońca.

Prawidłowe ustawienie ekspozycji sztucznie oświetlonego budynku jest (zdawałoby się) trudne. Jasno oświetlone ściany budynku, te tuż koło żarówek, można łatwo prześwietlić, a ciemnie niedoświetlić zmieniając je w czarne dziury.

Na odsiecz przyjdzie nam zachód słońca.

Zdjęcie oświetlonego budynku najlepiej zrobić tuż po zachodzie słońca, gdy jeszcze nie jest całkowicie ciemno, ale już nie jest jasno. Resztki naturalnego światła doświetlą te części budynku, których nie sięga światło żarówek.

Jako dodatkową nagrodę zdjęcie będzie miało piękne niebieskie niebo, a nie czarną dziurę.

Sześć kroków do zrobienia zdjęcia oświetlonego budynku:

  1. Ustaw balans bieli aparatu na żarówkę (ang: tungsten). Jeśli robisz zdjęcia w trybie RAW to możesz pominąć ten krok i ustawić balas bieli później, już na komputerze. Jeśli jednak ustawisz balans prawidłowo podczas robienia zdjęć, oszczędzisz swój czas podczas obróbki.
  2. Albo użyj wysokiego ISO, albo umieść aparat na statywie, bo czasy naświetlania mogą być długie.
  3. Ustaw ekspozycję tak, żeby prześwietlone były tylko żarówki. Na na ekranie aparatu powinieneś widzieć tylko nieliczne mrugające punkciki lamp.
  4. Pstrykaj co minutę i patrz na wyświetlacz. Będzie się robić coraz ciemniej, więc niebo będzie coraz ciemniejsze i coraz słabiej będą widoczne nieoświetlone części budynku.
  5. Skończ fotografowanie gdy poszczególne zdjęcia nie będą się od siebie wiele różniły, a niebo na wyświetlaczu będzie całkiem ciemne.
  6. Zgraj zdjęcia na komputer i wybierz Twoim zdaniem najlepsze.

Można do tematu podejść bardziej naukowo i mierzyć światło światłomierzem, ale metoda ‚młotka’ ma dwie zalety: jest prosta i skuteczna.

Mam nadzieję, że będziesz równie zadowolony ze swoich zdjęć, jak ja jestem zadowolony ze zrobionego parę lat temu zdjęcia Pałacu Kultury.

Nikon SB-24 kontra Nikon SB-26

Lampy Nikon SB-24 i Nikon SB-26 to klasyczne lampy zalecane i używane przez Davida Hobby znanego też pod ksywą Strobist.com. David poleca te lampy nie tylko właścicielom Nikonów, ale także Canonów i innych marek.

Zwykle używam lamp SB-26, ale przez parę dni miałem okazję pobawić się dwoma egzemplarzami SB-24. Moje krótkie, nieformalne testy (szczegóły za chwilę) utwierdziły mnie w przekonaniu, że kupująć SB-26 zrobiłem dobrze.

I oto moje wnioski:

  1. Cena. Pod względem ceny SB-24 jest lepsze od SB-26. Dobry egzemplarz SB-24 można kupić za 200-300 PLN, a SB-26 za 300-400 PLN.
  2. Fotocela. SB-26 jest wyposażona w (dobrą) fotocelę, a SB-24 jej nie ma. Pamiętam, że gdy decydowałem się na zakup lamp właśnie fotocela przekonała mnie do SB-26. Wiedziałem oczywiście, że mogę kupić osobne fotocele i że koszt zestawu SB-24+fotocela będzie niższy niż SB-26, ale dla mnie ważne jest, żeby podczas sesji wszystko prawcowało jak należy, a fotocele montowane obok lampy uważam za półśrodek – jeszcze jedno urządzenie, które może podczas sesji zawieść. Twoje zdanie może być oczywiście inne 🙂
  3. Regulacja Mocy. W SB-24 moc regulowana jest co 1 stop, a w SB-26 co 1/3 stopa. W mojej praktyce rzadko zdarza się potrzeba regulowania mocy lampy z dokładnością do 1/3 stopa (radzę sobie przysłoną), ale dla tych, co lubią dokładnie kontrolować moc lamp, większa dokładność SB-26 jest niewątpliwą zaletą. Szkoda tylko, że sposób przestawiania mocy o 1/3 stopa w SB-26 jest skomplikowany i wymaga przyciskania wielu guzików.
  4. Minimalna moc. SB-24 to 1/16, a SB-26 to 1/64. Ku mojemu zdziwieniu stwierdziłem, że przy wielu zastosowaniach możliwość zjechania z mocą do 1/64 jest bardzo pożyteczna (szczególnie zdjęcia makro, gdzie światła potrzeba niewiele, bo odległości są nieduże). W razie potrzeby moc lampy można ograniczyć stosując szare filtry (Rosco, Lee) lub przysłaniając część palnika (zasłaniasz pół palnika i moc spada o jeden stop). W tej kategorii remis ze wskazaniem na SB-26.
  5. Maksymalna moc. Dla obu lamp jest taka sama, więc remis.
  6. Dyfuzor. SB-24 nie ma wysuwanego dyfuzora i zakres pokrywanych ogniskowych jest mniejszy niż na SB-26. Dla SB-24 jest to 24-85mm, a dla SB-26 20-85mm. W praktyce strobistowej, gdzie lampa nie jest umieszczona na aparacie, drobna różnica w ogniskowych nie ma to większego znaczenia.
  7. Starość nie radość. SB-24 jest starszym modelem (na rynku od 1988 ) i teoretycznie egzemplarze na rynku mogą być bardziej zużyte niż SB-26 (produkowane od 1994). W praktyce niekoniecznie jest to prawda. Możesz trafić na egzemplarz SB-24 w doskonałym stanie używany przez amatora i na SB-26 zajeżdżany przez przez zawodowca.

Mam nadzieję, że to krótkie porównanie pozwoli Ci podjąć właściwą decyzję.

Pomiar światła – część 3 z 5

Przeczytałeś już poprzednie odcinki cyklu „Pomiar światła” i wiesz, jak ustawić czas i przysłonę (przeczytałeś je, prawda?). W tym odcinku opowiem co zrobić, gdy scena nie ma białych przedmiotów (portret ubranego na czarno na ciemnym tle) lub są one tak małe, że nie można ich łatwo namierzyć (białka oczu są białe, ale zbyt małe do mierzenia światła).

Na co dzień używam dwu sposobów: pierwszy jest tak banalny, że będziesz czuł się zawiedziony jego prostotą. Drugi jest bardzo praktyczny i wymaga przyrządu, którego nigdy nie zapomnisz wziąć ze sobą.

Sposób 1

Scena nie ma białych przedmiotów? Można sobie poradzić dodając coś białego, na przykład kartkę papieru i od niej zmierzyć światło. Banalne, prawda?

Sposób 2

No tak. Ale jesteś akurat na spacerze w lesie, a Twoja ukochana jak na złość ubrała się na czarno. Oczywiście nic białego przy sobie nie masz, a po lesie nie walają się żadne papiery (akcja dzieje się nie w tym lesie, w którym ostatnio byłeś, ale w innym). Co robić?

Zamiast białego przedmiotu użyjesz swojej dłoni (zawsze ją masz przy sobie, prawda?).

Procedura jest dokładnie taka sama jak opisana w pierwszym odcinku: celujesz aparatem na wierzch swojej dłoni i ustawiasz przysłonę tak, żeby wskazówka światłomierza wskazywała „magiczną liczbę dłoni”.

Magiczna liczba dłoni

Nie ma uniwersalnej wartości magicznej liczba dłoni, bo jest ona zależna od koloru Twojej skóry. Musisz ją sam sobie zmierzyć.

Swoją magiczną liczbę dłoni znajdziesz tak:

  1. Weź białą kartkę i ustaw naświelenie tak, jak opisano w pierwszej części cyklu.
  2. Teraz połóż na kartce swoją dłoń i zmierz światło na jej grzbiecie.

Banalne, prawda?

Magiczna liczba mojej dłoni to 2/3 (jestem rasy białej, ani zbyt śniady, ani zbyt blady). Jeśli jesteś blady jak śmierć, to twoja liczba będzie większa. Jeśli jesteś Murzynem, Twoja liczba będzie mniejsza.

Pomiar „na dłoń”

Przy pomiarze „na dłoń” musisz pamiętać o tym, że dłoń musi być oświetlona tym samym światłem co fotografowany model. Jeśli Ty stoisz w słońcu, a Twój model w cieniu, to oczywiście pomiar „na dłoń” nie będzie skuteczny.

Najprościej jest podejść do modela i dopiero wtedy mierzyć.

Bonus

Możesz rozszerzyć ideę „magicznej liczby dłoni” na inne „magiczne liczby”. Bardzo użyteczna może być liczba trawy, asfaltu lub policzka osoby najczęściej fotografowanej (policzek mojej córki: 2/3).

W następnych oddcinkach dowiesz się:

PS. Jaka jest magiczna liczba Twojej dłoni? Podziel się ze wszystkimi w komentarzach.

To jest część trzecia z pięcioczęściowego cyklu. Zobacz Część 1, Część 2, Część 4 i Część 5.